wtorek, 23 grudnia 2014

I - Party,bitches!

 - Ugh, zamknij się - jęknęłam, usiłując zagłuszyć dźwięki ,,Baby" wzywające mnie do tego, bym wstała i nieco się ogarnęła. Najwidoczniej zapomniałam wczoraj wyłączyć budzik i teraz mam za swoje. Skutki wczorajszej imprezy mocno dały mi się odczuć, gdy tylko otworzyłam oczy. Głowa pulsowała niemiłosiernym bólem i miałam ochotę zwymiotować wszystkie swoje wnętrzności. ,,Nie doszłoby do tego, gdybyś wczoraj nie imprezowała" - przypomniała mi moja podświadomość, pozostałość po dawnej ,,ja". Jednak nawet perspektywa ostrego kaca nie była w stanie powstrzymać mnie wczoraj wieczorem przed pójściem wraz z Cassidy na domówką urządzoną z okazji zakończenia wakacji i rozpoczęcia nowego roku szkolnego. A pierwszy dzień był właśnie jutro i żałowałam, że wakacje nie mogłyby trwać jeszcze z miesiąc dłużej. Mimo tego, że się zmieniłam, wciąż nie byłam gotowa, by przekroczyć próg mojej szkoły, w której miałam zacząć swój drugi rok. Nie byłam pewna, czy uda mi się przekonać innych, że faktycznie się zmieniłam. Wiedziałam, ze wybudzona nie będę mogła już zasnąć, niechętnie podniosłam swoje skacowane ciało i udałam się do łazienki, gdzie moje odbicie w lustrze mnie dobiło. Dosłownie. O ile wczoraj wieczorem wyglądałam seksownie w czarnej, obcisłej sukience, a moje włosy był idealnie proste , to teraz wyglądałam jak gówno. Włosy miałam potargane jak nigdy, a na twarzy widać było resztki makijażu, który całkiem niedawno z taką starannością wykonywałam. Szybko się ogarnęłam, z ulgą wskakując pod prysznic i pozwalając  by woda ukoiła moje zmęczone alkoholem ciało. Spojrzałam na ekran swojego czarnego iPhone'a - 7:30. Dobra pora, by pobiegać. Znając Stradfort, wszyscy będą odsypiać wczorajsze, huczne zakończenie lata. Szybko założyłam czarną bluzkę z długim rękawem, niebieskie spodenki i sportowe buty, po czym wcisnęłam do uszu słuchawki i starając się nikogo nie obudzić, wyszłam  z domu, w kuchni chwytając jeszcze butelkę wody. Miałam nadzieję, że nikogo nie spotkam, ponieważ nie lubiłam biegać pod ostrzałem czyich spojrzeń. Dlatego też, w przeciwieństwie do innych biegałam rano, a nie wieczorem. Powitało mnie dość chłodne, jak na Stratford powietrze, ale nie zwróciłam na to uwagi. Włączyłam pierwszą lepszą piosenkę na telefonie i skierowałam się na północ od mojego domu. Ledwo przebiegłam pięćdziesiąt metrów, zatrzymałam się gwałtownie na widok znajomej mi osoby. Justin. Nie było go przez całe wakacje w mieście i krążyły plotki, że zrobił jakiejś dziecko i rodzice za karę wysłali go na drugi koniec kraju, by nauczył się samodyscypliny. Plotka wyssana z palca, ale byli i tacy, w którzy to wierzyli. Ja na szczęście nie byłam jedną z tych osób. W Justinie podkochiwała się całą żeńska część naszej szkoły, wliczając w to pracownice szkoły, lecz Justin zawsze pobawił się jedną z miesiąc, po tym szukał nowej zdobyczy. Nieważne, ile dziewczyny wiedziały o jego sposobie traktowania ich, zawsze była jakaś naiwna, wierząca, że tym razem chłopak się zmieni, ale cóż, odkąd uczęszczam z nim do szkoły nic nie zapowiada zmian. Ten scenariusz jest tak banalny, że pewnie on w końcu zakocha się we mnie, jak go będę odrzucać, a w końcu tak czy siak skończymy razem. I żyli długo i szczęśliwie. Otóż to nie tak, moi mili. Z bólem serca przyznam, że żywiłam tego dupka głębszym uczuciem na początku mojego pierwszego roku w liceum, jednak szybko się odkochałam, po tym, jak jakaś tępa idiotka powiedziałam mu, co czuję. Dość banalnie, poprosił mnie do tańca, a mój zakochany w nim wtedy umysł wypaplał to i owo. Wyśmiał mnie,a potem dowiedziałam się, że zatańczył ze mną tylko i wyłącznie dla żartu. Auć, zabolało. Wtedy to wydawało mi się koszmarem, ale zdałam sobie sprawę, że nikt nie będzie mnie wykorzystywał. Wzięłam się za siebie, schudłam i tak oto z 77 kilogramów zeszłam do 50. A to wszystko w ciągu czterech miesięcy. Niemożliwe stało się możliwe, czyż nie? Na dodatek przefarbowałam włosy, a okulary zamieniłam na szkła kontaktowe. Zmieniłam także swój styl ubierania i byłam bardzo ciekawa, czy teraz chłopak także by mnie wyśmiał. Mimowolnie spojrzałam na niego ukradkowo. Stał do mnie tyłem, robiąc coś przy samochodzie, a jego mięśnie wyglądały tak pociągająco, za każdym razem, gdy poruszył rękoma. ,,Ugh,Kath,przestań!To dupek!"  moja podświadomość dobrze mi radziła, także porzuciłam nazbyt piękne dla moich oczu widoki i jak gdyby nigdy poszłam dalej biegać, starając nie myśleć o tym dupku. W końcu mnie zranił. Bardzo. Zbyt pochłonięta wspomnieniami, nawet nie zauważyłam przeszkody, która dosłownie przede mną wyrosła. Usłyszałam ciche przekleństwo i zdziwiona spojrzałam w górę. Pięknie. Pan Bieber we własnej osobie. Czy wspomniałam już, że go nie lubię? Wkurzona wyjęłam słuchawki z uszu, patrząc na niego morderczym wzrokiem. On sam wydawał się równie zdziwiony moim widokiem i wydawał się być równie wkurzony, co ja. Jednak jedno spojrzenie na moje ciało sprawiło, że na usta wpełzł mu pewny siebie, arogancki uśmiech. Typowe. ..I tak nie zaruchasz, palancie" - powiedziałam do siebie w myślach z satysfakcją. Jego czekoladowe oczy rozświetlił błysk uznania, gdy objął wzrokiem moje nogi, po czym twarz.
 - Bieber, oskarżę cię o napastowanie, jeśli zaraz nie przestaniesz się na mnie tak gapić - powiedziałam znudzonym tonem, obserwując, jak spogląda na mnie z niedowierzaniem. Co jak co,ale głos mi się nie zmienił. Niestety, inaczej mogłabym udawać kogoś innego i się na nim zemścić czy coś. Życie jednak nie jest tak łaskawe, a zemsta i te sprawy - to zdecydowanie nie było dla mnie. Jednak na widok jego miny miałam ochotę skakać ze szczęścia.
 - Nie wiedziałem, że się znamy, kotek - powiedział uwodzicielskim tonem, a ja miałam ochotę przywalić mu w tą jego roześmianą twarz.
 - Ugh, wal się Bieber - powiedziałam słodko i nie dając mu szansy na odpowiedź, pobiegłam dalej. Justin - 0, Katherine - 1. Tak, to zdecydowanie będzie mój dzień, mimo niezbyt udanego początku.


 - No nie gadaj! Serio mu tak powiedziałaś?
 - Cassidy, ile razy mam powtarzać, że tak? - odparłam, mocno już znudzona tą całą rozmową. O całym porannym zdarzeniu poinformowałam Cassidy - moją zdobytą na początku mojej przemiany, przyjaciółkę. Traf chciał, ze akurat gdy postanowiłam coś w sobie zmienić, ona przeprowadziła się do naszego miasta i dzięki niej zmieniłam nie tylko swój wygląd, ale i charakter. Moim zdaniem - na lepsze. Nasi rodzice byli zachwyceni tym, ze się zaprzyjaźnili, ponieważ byli partnerami w biznesie i dobre relacje między nami były im na rękę podczas wspólnych, rodzinnych spotkań. Cassidy znała całą historię z Justinem i zgodziła się ze mną, że to skończony dupek. Początkowo chciała, bym się na nim jakoś zemściła, ale po kilku moich kategorycznych odmowach dała sobie spokój. I bardzo dobrze, bo miałam już serdecznie dość słuchania o tym, jakie to rzeczy mogłabym zrobić z Justinem. Słuchając jej pomysłów, miałam wrażenie, że dziewczyna zamieniła się na mózgi z Voldemortem czy z innym czarnym charakterem. Strasznie.
 - Słuchaj, nie wytrzymam, muszę tego posłuchać osobiście. Będę u ciebie za pół godziny,ok? - spytała nagle Cass
 - Jasne, wpadaj- odparłam, dziękując sobie w duchu, że posprzątałam dom. Moi rodzice pojechali na jakieś spotkanie biznesowe, więc do wieczora byłam sama w domu. Ledwo zdążyłam się przebrać w szorty i różową bokserkę, zadzwonił dzwonek do drzwi. Czyżby Cassidy? Jeśli tak, to muszę jej pogratulować tempa, powinna być tu dopiero za dwadzieścia minut. Z szerokim uśmiechem na twarzy pobiegłam, by móc otworzyć jej drzwi.
 - Woo, Cass, muszę przyznać, że... - urwałam gwałtownie na widok osoby stojącej za drzwiami. Justin. I. Jego. Głupi. Uśmiech. To chyba jakieś jaja, a miało być tak pięknie. Życie kolejny raz udowadnia mi, że nie można mieć tak wiele szczęścia w ciągu dwudziestu czterech godzin, no cóż.
 - Bieber? A ty czego tutaj szukasz? - spytałam, mocno wkurzona jego widokiem. Chociaż patrząc od kobiecej strony, prezentował się całkiem gorąco. Luźny t-shirt bez rękawów, czarne rurki i białe supry, a jego jasnobrązowe włosy był zaczesane do góry, jak zawsze. Gdyby nie fakt, że jest dupkiem, były całkowitym zobrazowaniem mojego ideału chłopaka. Chłopak na moje niezbyt grzeczne powitanie wywrócił tylko oczami.
 -Wyluzuj, laska, nie znasz mnie, a od razu na mnie krzyczy - odparł, wyraźnie zirytowany moim zachowaniem.
 - Nie znam cię? Żebyś się przypadkiem nie zdziwił, bo tak się akurat składa, że... 
 - Czas zacząć impresskę, suki! - to głos Cassidy przerwał mi i ujrzałam ją rozpromienioną, a Justin na jej widok również się uśmiechnął i po chwili ich języki zaczęły wzajemnie się poznawać. Zaraz, chwila... Że co proszę? Nie mogłam uwierzyć w to co widzę. Moja przyjaciółka i chłopaka, którego nienawidziłam od niemal dwóch lat. Widząc moja głupią minę, blondynka przerwała jakże czułe powitanie. 
 - Kath, poznaj proszę mojego chłopaka - zaczęła radośnie. Biedna, skąd miała wiedzieć, że ten Justin i Justin, którego nie cierpiałam, to jedna i ta sama osoba? Cassidy nie chodzi ze mną do szkoły i nigdy nie miałam okazji by pokazać jej tego dupka z bliska. A teraz są tego skutki. I to bardzo opłakane.
  - Justin to jest Kath, Kath to jest Justin  -zaczęła, robiąc między nami ruch dłonią, Nie podałam mu dłoni, tylko tak tam stałam, usiłując zabić chłopaka wzrokiem. On natomiast nie wyglądał, jakby miał umrzeć, uśmiechnął się tylko głupio na widok mojej miny, a na dźwięk mojego imienia spojrzał na mnie z rozbawieniem.
 - Kath? Znałem kiedyś jedną Kath Dobrev i uwierzcie czy nie, nie chcielibyście jej poznać- powiedział nagle, a mnie zatkało. Jak on śmiał!
 - To ja. Kath Dobrev. - powiedziałam głosem ociekającym takim jadem, że nie powstydziłaby się niego żadna rasowa podła suka. Chłopak niemal się zakrztusił własną śliną. Cassidy zmarszczyła swoje idealnie wydepilowane brwi.
 - Woo, nie wiedziałam, ze się znacie. Ale to nawet lepiej - dziwne, że przeoczyła fakt, iż jej chłopak powiedział, że nie chciałaby mnie poznać. Ignorując zszokowane spojrzenie chłopaka i głupi wyraz twarzy mojej, bezmyślnej, jak się okazało - przyjaciółki udałam się do salonu, słysząc jak dwójka za mną robi tak samo. Po. Prostu. Cudownie.